Dzisiaj postanowiłem zamknąć pewien rozdział w życiu. Blog się zrobił nudny i męczący. Zdecydowałem stworzyć sobie następną osobowość, bo te cztery poprzednie już się sobą znudziły. Pan Turkaweczka jest już chyba wyeksploatowany, nie wykluczam jednak, że na następnym blogu od czasu do czasu gościnnie wystąpi.
Koniec dzieciństwa i nastoletniości! Od dzisiaj jestem poważny...
Opluwanie w języku potocznym jest określeniem zarezerwowanym dla wszelkich negatywnych opinii o Kościele Rzymsko-Katolickim. Nie ma znaczenia, czy negatywna opinia jest próbą rzeczowej krytyki funkcjonowania tej instytucji (np. w sprawie marginalizowania głosu osób świeckich w nauczaniu Kościoła), czy też zwykłym lżeniem (np. "papież to chuj"). Wszystkie opinie nie wygłaszane na klęczkach z czołem przy ziemi są opluwaniem. Zastanawia mnie to mocno, gdyż tyle się mówi o ewolucji, jaką ta instytucja przeszła w ciągu ostatnich 50 lat, a ja mam wciąż wrażenie, że w rzeczywistości nie zmieniło się nic. Duchowieństwo trwa w samozachwycie, przekonane o niezniszczalności Kościoła, bo przecież istnieje niezagrożony od 2000 lat itede itepe. Niejeden człowiek próbował już Kościół zniszczyć i mu się to nie udało.
Zgoda, Napoleon Bonaparte mawiał takie rzeczy, inni wielcy też mawiali podobnie. Nie brali jednak pod uwagę faktu, że heglowski duch dziejów był trochę za młody w tamtych czasach, że solą kościelnej ziemi są ludzie, przerażeni perspektywą piekła. Nie wziął pod uwagę, że trzeba tych ludzi przynajmniej nauczyć czytać i pisać, co w XIXw. było wciąż rzadką umiejętnością. W dniu dzisiejszym marginalizacja Kościoła jest zdecydowanie bardziej prawdopodobna i rzec trzeba, że Kościół może zostać zniszczony tylko przez... Kościół. Trwając przy absolutnej władzy biskupów i nieomylności papieża, instytucja ta sama się pogrąża. Wykształcony, pracowity i uczciwy katolik zdaje sobie sprawę ze swojej użyteczności w Kościele i konsekwentnie stara się wspomóc wspólnotę w dążeniu do Boga. W pewnym momencie natrafia na mur w postaci miernoty na stanowisku, bo takich można spotkać w każdej instytucji na każdym kroku. Nie mogąc się "przebić", zaczyna wątpić w wielkość instytucji. Wielu duchownych podkreśla, że w Kościele najbardziej brakuje dzisiaj osób wierzących z wyboru, świadomych swojej wiary, a nie tylko nauczonych w domu klepania zdrowasiek przed ołtarzem. Ścisła hierarchizacja w Kościele większość takich ludzi zniechęca do podejmowania dalszej aktywności, a w grupie katolików "z przyzwyczajenia" widać coraz większe dziury. Przemiana struktury kościelnej władzy z inicjatywności odgórnej na oddolną byłaby krokiem o fundamentalnym znaczeniu dla dalszego przetrwania i rozwoju tej instytucji, która nadal w naszej Polsce ma największy spośród wszystkich potencjał czynienia dobra, który marnuje ze skutecznością komunistycznego notabla.
Najlepiej obrazuje to porównanie z protestantami. Katoliccy parafianie mając nieudolnego proboszcza, muszą zdać się na łaskę i niełaskę biskupa. Protestanci kiepskiego pastora wywożą na taczce. Oddanie większości kompetencji wspólnotom parafialnym, a hierarchii pozostawienie kształtowania (aczkolwiek nie samodzielnego) doktryny i nauczania w dużym stopniu uzdrowiłoby polski Kościół. W krajach takich jak Brazylia jest jeszcze na to za wcześnie, ale w Polsce powinno się to stać jak najszybciej.
Poczucie bezsensu pisania i dyskutowania o czymkolwiek i z kimkolwiek narasta we mnie z każdym dniem. Wczoraj znowu poszły w ruch artykuły pierwszej potrzeby; wóda i papierosy. Przez chwilę było kolorowo, ale zdarzyło się coś, co nie pozwoliło mi pójść tym razem w dym. Dzisiaj obudziłem się bez kaca, nie do końca wyspany (we dwoje na łóżku szerokości 90 cm - za stary na to jestem) i podziwiałem pobojowisko po wczorajszych baletach. Musiało być wesoło, ale jak zawsze pusto i bezrefleksyjnie. Jak ja dawno nie schlałem się tak na inteligenta! Tak, żeby do późna smętnokutasić nad tym kielichem, jaki to ten świat niedobry, jaki to ten naród głupi, jaki to ten kler pazerny. Jak bardzo mi brakuje umysłowej wódki, a nie kurwa imprezy na dwa miliony osób, gdzie się trza przekrzykiwać, żeby się wzajemnie uslyszeć. A może te wódki nadal w moim życiu bywają, tylko z nich TEŻ już wyrosłem? Jeśli tak, to co pozostaje? Obrażanie jp2, czarnej z dzieckiem na ręce, czy innych takich świętości też stało się nudne, poza tym przyszła żona tego nie zniesie.
Szukam nowej formy, żeby życie nie stało się nudne... I chuj, pewnie i tak nie znajdę. Pozostanie tylko jedzenie, sranie i wychowywanie dzieci, żeby w pewnym wieku tak samo jak ja zaczęły poszukiwania nowej formy, której też nie znajdą, spłodzą więc swoje dzieci, te też będą poszukiwać i tak w kółko do zajebania... Idę do Tesco po papierosy.
Bez wielkich fajerwerków. Zwykła kolacja przy świecach w przyzwoitej restauracji "Czy wyjdziesz za mnie?". To chyba najtrudniejsze słowa jakie wypowiedziałem w życiu.
Nie starczyło miejsca, żeby przyklęknąć, a poza tym to zbyt intymne przeżycie, żeby wystawiać się taką pozą na zainteresowanie obcych, nie jestem ekshibicjonistą, nie do tego stopnia. Na kolanko padłem następnego dnia, bo dopiero wtedy była ku temu okazja. Ślub pewnie na wiosnę 2011, więc na obrączki zdążę juz zarobić pracą w zawodzie.
Dzisiaj wyjeżdżam do Sącza, wręczyć koraliki przyszłym teściom. Zakupiłem w tym celu wiadro grzybni mikoryzowej, po trosze dlatego, żeby się teściowi przypodobać, ale przede wszystkim dlatego, że obiecałem to zrobić wcześniej. Mam chyba większą tremę niż przed zaręczynami.
Mój ateizm jest rzeczą w gruncie rzeczy jeszcze dosyć kruchą. I nie ma się co dziwić, skoro wychowałem się w rodzinie raczej wierzącej i przez całe dwanaście, stop, trzynaście lat edukacji, od zerówki począwszy, na klasie maturalnej skończywszy, ładowano we mnie doktrynę religijną.
Utrata wiary jest rzeczywiście rzeczą niewesołą, przynajmniej po jakimś czasie taką się zaczyna stawać. W ludzkiej osobowości nagle zostaje dziura wielkości boga, której na początku się nie dostrzega i dopiero po pewnym czasie, gdy już zapał neofity osłabnie, zaczyna się dostrzegać tę pustkę.
Nie twierdzę, że powstałej luki nie da się niczym innym wypełnić, być może nawet z czasem sama się zarasta bez pozostawienia większego śladu, jednak dopóki się nie zarośnie, bardzo łatwo jest znowu uwierzyć. Mój "pierwszy ateizm" wypączkował po lekcjach biologii w SLO. Do dzisiaj pamiętam tę rozpacz, kiedy uznałem, że bóg po prostu istnieć nie może. W 2008 roku, gdy w końcu zdecydowałem się na ateizm, to przejście było dużo spokojniejsze, może dlatego, że to pierwsze odkrycie nieistnienia boga już miałem za sobą. Brak wsparcia w postaci boga nie przerażał, brak uchwytnego celu życia jednostki w postaci zbawienia nie smucił.
A czym się przejawia kruchość mojego ateizmu, od której rozpocząłem tę notkę? W zasadzie tym, że często mam ochotę oddać się modlitwie w jakiejś słusznej intencji; np. spotkania w pracy życzliwych ludzi, którzy zechcieliby wypełnić ankietę. I tu powstaje pytanie; czy modlić się znaczy wierzyć? Czy można modlić się po prostu z przyzwyczajenia i dla higieny psychicznej powtarzać utarte od dziecięcych czasów schematy obrony ego, wiedząc jednak że i tak "tam" nie ma nikogo, kto by tych modlitw wysłuchał? Na razie skutecznie się bronię przed takimi zapędami, bo są to zapędy czysto uczuciowe, w których brak jakiejkolwiek przesłanki racjonalnej. Nie neguję sensu kierowania się uczuciami w życiu ogólnie; gdyby się jeno rozumem cżłowiek kierował, krzywdziłby swoich bliskich na niespotykaną dotąd skalę. Jednakże w pracy uczucia i popędy nimi wzbudzane odsunąć należy na bok, no może poza okolicznością, gdy uczucia są motywacją do pracy, co właśnie u siebie obserwuję.
Asia, jeszcze tylko trzy-cztery ankiety i uzbieram na ten pierścionek, żeby Ci się w końcu oświadczyć...
Chciałby człowiek napisać, co mu na sercu leży, jaki ten świat chory, ponarzekać na etetowych ogłupiaczy narodu...
Nie da się. Siadam do komputera i zaczynam pisać. Pierwszy akapit, żeby wstęp zrobić; rozpocząć znaczy się. I jest, jest już sformułowany problem! A więc po pierwszym akapicie drugi zaraz idzie, znieważający tych, co mają poglądy takie jak moje albo też inne od moich, ale wynikające z czystej głupoty i ignorancji. I teraz czas na uzasadnienie przychodzi w akapitach następnych. Więc kolejno łamię kolejnym enterem tekst, żeby ładny był, czytelny, toteż nadchodzi Trzeci, czwarty i zwykle piąty akapit. Wszystko powoli, tłumaczone jak dla debila; w końcu czytać mogą Ci, których znieważam w drugim akapicie. Piszę tak, żeby zrozumieli i... gdzieś się gubię... cały porządek wywodu zaczyna nagle zakłócać jedna myśl, która uparcie pcha się w treść notki. Żeby tak radykałom przywalić, socjalistom, innej maści poparańcom. I włazi w końcu ta myśl w notkę, zazwyczaj w trzecim zdaniu piątego akapitu. I najgorsze jest w tym wszystkim to, że ta nieznośna myśl rozbija spójność tekstu i doprowadza mnie do tego, że nie wiem, jak ten tekst zgrabnie zakończyć. Och, czytelniku/czytelniczko! Gdybyś miał(a) dostęp do tego bloga od strony panelu admina, ileż takich niepublikowanych notek ujrzałyby oczęta Twoje! Ileż takich notek jest, tutaj zamkniętych. Zaczynają się zawsze ciekawie, ale gdzieś w piątym akapicie tracą impet i rozsypują się, a czytając je, wychodzę przed sobą samym na schizofrenika. Spać już idę. Na złość losowi, w tej notce są tylko dwa akapity.
skomentuj (1)O antykoncepcji. Niech mi ktoś powie, czemu te Watykańce się tak do tego przypierdoliły i zejść nie chcą? O chuj im chodzi?
skomentuj (1)